Istnieje nieskończoność sposobów na zagospodarowanie swojego czasui zbudowanie kariery, a malowanie być może nie należy do najlepszych życiowych wyborów. Proces tworzenia malarskiego obrazu nie jest obłożony żadnym przymusem i właśnie w tym tkwi cała trudność. Konsekwentna twórcza praktyka wymaga niezachwianej wiary w to, że te prace kiedyś opuszczą pracownię, zostaną wystawione w galerii lub sprzedane - lecz nie ma żadnej gwarancji, że tak się stanie. Człowiek stawający na produkcję bezużytecznych, (ale za to auratycznych) przedmiotów, zawierza swoje życie kaprysowi losu, podobnie, na przykład, do kogoś, kto aspiruje do bycia sportowcem na olimpijskim poziomie. Można powiedzieć, że wybrałam taki zawód, a nie inny, bo najważniejsze dla mnie jest to, co nieprzymusowe. Paradoksalnie jednak - ponieważ muszę zarabiać pieniądze - trzymam się rozkładu dnia, jakiego nauczyły mnie szkoła, a potem praca, i jestem mu posłuszna, ciągle w trybie naprzemian baczności i następującego po niej spoczynku. Dlatego to, co dla mnie najważniejsze - moja twórcza ekspresja wraz ze wszystkimi jej miłymi konsekwencjami - tkwi domyślnie w kategorii „niekonieczne” i co dzień czeka na moment, gdy nikt nie patrzy, by wyjść na światło dzienne i zacząć się dziać, rozwinąć jak nieśmiały kwiat, ukradkiem załapać na końcówkę popołudnia.
Malowanie jest dla mnie namacalnym dowodem na to, że niekonieczność jest fundamentalną cechą i warunkiem istnienia tego, co ważne — że gdyby to, co ważne, „ukoniecznić”, utraciłoby swoją rację bytu. Twórczość artystycznajest praktyką kochania czegoś, co istnieje, choć wcale nie musi. Dopóki coś nie powstanie, nikt nie wie, że wcześniej tego brakowało — i dotyczy to wszystkiego, co istnieje (mnie również). Świadomość tego faktu sprawia, że nie potrafię oprzeć się impulsowi wytwarzania nieużytkowych artefaktów, na które można co najwyżej spojrzeć, a potem o nich pomyśleć.